księga gości


2010
styczeń
2009
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2008
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2007
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2006
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2005
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2004
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień



aga-baba-jaga bloguje...

2010-01-27 22:45:34
...

Tak sie zacietrzewilam w nienawisci do pracy, ze nie starcza mi glowy na blogowanie na inne tematy. Wiec dzis bedzie dla odmiany nie o robocie, bedzie o moim ostatnim powrocie z Polski do Stanow.

No wiec nabylam online bilecik, ktory upowaznial mnie do spoczecia na fotelu w exit row. Wiadomo, wiecej miejsca na nogi i te sprawy.

I nie wiem co sie teraz porobilo, ale od check-in przez sprawdzanie dokumentow po pokazanie swoich boarding pass jakby sie wsciekli i kazdy pytal czy wiadomo mi co sie z tym wiaze, do czego zobowiazuje i czy na pewno jestem gotowa wywiazac sie z obowiazku zasiadajacego w exit row. Tak, jestem, luz. Przy check in dali wytyczne na pismie co i jak robic, nawet z nudow przejrzalam.

W samolocie juz siedzimy (ja i pani obok) i podchodzi stewardesa i zaczyna nam wyjasniac co i jak i w ogole. Kiwamy glowami, ze spoko. Po czym owa stewardesa zatrzymuje wzrok na mnie, patrzy sie, patrzy I pyta: “Are you over…? How old are you?”, na co ja, z przepraszajacym usmiechem odpowiadam zgodnie z prawda “30…”. Stewardesa wytrzeszcza oczy I mowi, “oh my God, unbelievable, you’re so lucky”. Ja w miedzyczasie malo nie peklam ze smiechu, bo z wytycznych, na ktore rzucilam okiem wczesniej, wynikalo, ze na miejscu w exit row nie moze siedziec osoba ponizej lat 15tu…

;)

Dla porzadku dodam, ze takie sytuacje nie zdarzaja mi sie juz obecnie za czesto. Nawet przy kupowaniu alkoholu w tutejszych sklepach – b. sporadycznie. No, raz rok temu tez bylo wesolo, jak kelnerka w Outback Steakhouse popatrzyla na mnie, popatrzyla na ABa i kazala mi sie wylegitymowac, gdy wyrazilam chec wypicia piwa. Przejscie przez immigration i strefe celna minelo tym razem bez zadnych incydentow. W odroznieniu od razu poprzedniego. Kiedy to pan z immigration (w Polnocnej Karolinie) nazywajacy sie hmm, Kaminsky badz Bilinsky, ktory najwyrazniej niezbyt lubil przodkow ze strony ojca i byl clearly uprzedzony do mojej polskiej narodowosci, najpierw uwaznie mnie przepytal czy aby nic z kraju nie przywoze. I czy na pewno nie mam kielbasy (akurat nie mialam) – popatrzyl, zmarszczyl brwi i przystemplowal mi pieczatke, ze bagaz do kontroli. Oczywiscie nic nie znalezli, pech chcial, ze akurat skonczyla mi sie faza na szmuglowanie parowek-berlinek ;)

W ogole to poza tym jednym incydentem co powyzej to b. lubie przechodzenie przez immigration, panowie z reguly sa ultra-mili, a to ich "welcome back Ms. aga-baba-jaga" kojarzy mi sie za kazdym razem ze scena z "Closer", gdy Jane Jones powraca na koncu filmu do swojego kraju. Tym razem tez immigration officer byl przemily, a w dodatku rzuciwszy okiem na paszport powital mnie slowani: "O, rodaczka!". Po czym ucielismy sobie calkiem mila pogawedke nt. Stanow.

I tak o. Udalo mi sie nie ponarzekac na robote. Niemniej jednak nic straconego, bo mam pare nowych historii. I zadna z nich nie jest bynajmniej optymistyczna.



skomentuj (8)

2010-01-21 02:11:32
tak sobie tylko luzno mysle...

...ze jesli przyjdzie mi naprawde sie stad na dobre zwinac za te pare miesiecy - wyjade z ogromnym niesmakiem do tego kraju. Kurewsko wrecz gigantycznym. Choc z drugiej strony, pewnie wszedzie sa mendy, a ja akurat mialam pecha trafic na spore ich zgromadzenie w obecnej pracy (w poprzednich byl jako taki balans, z przewaga nawet ludzi znosnych). Z osmiorga ludzi w biurze, troje to skonczone &*^@! (ekhem, tu pomine rzeczownik, bo chadko byloby go przeczytac) - w tym dwoch Amerykanow i jedna Polka (niestety...). Czworo to powiedzmy taki standardzik - troche plusow, troche minusow, overall ujda. Jedna superfajna - Polka (ufff! dla przeciwwagi do tej poprzedniej...). Troche szkoda, ze jednak nie spisywalam co sie na co dzien w robocie dzieje, bo teraz nie wszystkie niuanse sobie przypomne. Choc z drugiej strony kazdego dnia dzieje sie cos nowego, wiec moze powinnam jednak sie pokusic o notowanie. Acz nawet chlodno publikujac JA skrecaabym sie z zazenowania.

Na porzadku dziennym niestety mamy (bo nie ja jedna to widze i nad tym ubolewam) do czynienia z gigantycznym chamstwem i totalna niekompetencja. To tak pokrotce.

Wiem, ze powinnam sie tym nie przejmowac i odliczac dni do potencjalnego zwolnienia sie (czyli do 1 lipca - dni roboczych 103-104), niemniej jednak dostrzegam u siebie poczatki nerwicy wegetatywnej. Ha.

Tylko te "moje" koty mnie ostatnio ciesza, serio. I nawet dlugiego weekendu nie mielismy, bo jak to. Wolne przeciez nalezy sie tylko trzem szefom (unlimited, ofkors), reszta ma za zadanie pracowac. Najlepiej 365/rok. Za coraz mniejsze pensje ;)

No nic, jeszcze dwa dni piekielka w tym tygodniu, potem weekend. W weekendowych planach jest ogladanie footballa u ANowej siostry. Kibicujemy Jets'om, choc osobiscie mi zwisa i powiewa kto wygra i naprawde do tej pory nie pojelam regul. AN za to jest fanem, a jego szwagier fanem jeszcze wiekszym. Juz jedno ogladanie meczu z nimi przezylam - zwagier odpowiedniu na bialo-zielono ubrany, poziom ekscytacji gra u obojga - gigantyczny wrecz ;) Zamierzam tez zaczac gotowac. Najlepsza z dotychczasowych szefowych (z tej poprzedniej pracy) L. to relaksowalo na tyle, ze piekla codziennie przed praca i nadal zreszta ponoc piecze i przynosi to potem do biura - pisalam o tym nie raz, moze zrelaksuje i mnie. W szeroko zakrojonych planach kuchennych jest rosol (from scratch) i cinnamon buns (do czego natchnela mnie E.) - rowniez od podstaw. Musze tylko pamietac, by kupic walek. Oraz cynamon.


skomentuj (4)

2010-01-16 15:29:41
5 lat

Mialo byc o kotach. Wiec wreszcie wrocily wszystkie, bo trzeba przyznac, ze troche sie denerwowalam. Nie karmione codziennie (AN dokarmial jak przychodzil) olaly i rozlazly sie po okolicy. Niemniej jednak juz sa chyba wszystkie (jednego nie moge sie doliczyc) + nadprogramowe dwa. Nadal nie mam zdjec, bo rozpierzchaja sie w roznych kierunkach jak tylko sie pojawiam, acz juz jest maly postep, wiec stay tuned. Moze jakiegos zlapie.

Oryginalny koci domek nie przetrzymal pogody (jego zdjecie akurat mam - wygladal o tak), gdy wyjechalam, napadalo kupe sniegu to raz. Dwa - przed wyjazdem jeszcze koty rezydowaly po 2 w domku, a dwa na domkowym dachu (fantastyczny to byl widok, btw:)), wiec jak tylko domek podmokl sniegiem - dach sie mu zapadl.

Acz wystarczyl jeden sms do ANa, ze koty nadal sa, biedne, zziebniete i przytulone do scian domu i ze chyba musimy zrobic im nowy - tego samego dnia domek sie pojawil (zdjecia tegoz jeszcze nie mam).

No i powoli, powoli zaczely pojawiac sie wszystkie koty i musze stwierdzic, ze odkad je "mam" to jakos jest mi lepiej. Wiem, ze zawsze ktos na mnie czeka, komus pomoge. Mozliwe, ze nawet powiedzialam ANowi, ze "at least somebody's life got better poniewaz mieszkam w Stanach, a nie gdzie indziej" i mozliwe, ze uslyszawszy takie stwierdzenie AN sie obruszyl ;) Ale naprawde, okropnie mi sie przez te koty humor poprawil i strasznie mnie cieszy, ze moge im pomoc jakos lepiej niz zwykle przetrwac zime. Na najlepszej jakosci karmie, widziano mnie ponoc rowniez, jak dopajam je woda mineralna ;)

A poza tym coz, dzis mija dokladnie 5 lat jak postawilam moja noge na amerykanskiej ziemi, z zamiarem uzyskania obywatelstwa (przedtem stawialam noge cale 3x wczesniej, podczas ktorych to razow podejmowalam sie bycia au pairka). Czyli wliczajac te 5 lat i rok aupairski - 20% zycia spedzilam tutaj. Szmat czasu. Brrrr. Nie bede dzis robic podsumowan, bo wiadomo, ze teraz, na chwile obecna to doom and gloom i w ogole zabierzcie mnie stad, bo nie wytrzymam.

Acz chyba powinnam zaczac spisywac co sie dzieje w pracy, choc zdaje sobie sprawe, ze opowiesci moga zabrzmiec mocno niewiarygodnie i czytelnicy moga pomyslec, ze zwariowalam. Jako i mysleli najblizsi, ktorzy wieedza - rodzice, AN, niektore tutejsze kolezanki. Bo to naprawde brzmi unfuckingbelievable. I ja juz chce out.

Chciec to sobie moge chciec out, tym niemniej nowej pracy niet. Perspektyw na chwile obecna rowniez niet. Z 5cioma headhunterami juz rozmawialam, z tym z dwoma osobiscie, twarza w twarz. I kazdy rozklada rece i mowi, no nie ma, nie ma roboty, zadzwonimy jak cos bedzie. Takze hmmm, HMMMMM. Coz.

No ale - 22 lutego 2010, aka poczatek konca. Czyli, interwju i egzamin na obywatelstwo.

A do New Year's Resolutions dolaczam jeszcze jedna - jesli do jesieni (zakladajac, ze nadal tu bede) nie znajde nowej roboty - z obecnej sama sie zwolnie. Howgh.


skomentuj (4)

2010-01-06 03:07:03
no dopszzz

Wynarzekalam sie w notce nizej. Najwyzsza pora, by zaczac dzialac. Zwlaszcza, ze po dniu wczorajszym, w ktorym to dowiedzialam sie, ze pffff, nie ma zadnych podwyzek i w ogole jak to, przeciez to normalne, by, nastapil dzien dzisiejszy, w ktorym to dowiedzialam sie, ze pensje nam w tym roku obnizaja :) Luz. Pytanie - co mnie czeka jutro? Na dobra sprawe wcale bym sie nie zmartwila, gdyby mnie zwolnili (marzenie scietej glowy). Przynajmniej otwarcie moglabym szukac pracy.

Poki co wrodzone poczucie obowiazku nie pozwala mi zawalac wlasnej roboty, a szkoda. Moze pora nauczyc sie kompletnej zlewki na i zwolnic tempo pracy? Dostosowujac je do panujacych warunkow. Na cholere mi swietne performance review za 2009 od szefowej skoro nie przeklada sie ono na nic?

Takze za absolutnie konieczne postanowienia na 2010 stawiam sobie:

Po pierwsze - znalezienie nowej pracy, mozliwie jak najszybciej i mozliwie najbezbolesniej. Bo trzeba przyznac, ze uparcie milcze na temat co sie w pracy dzieje i jak firma dziala, i kto nia zarzadza, i jak, i czemu to nijak nie pasuje do wizji Ameryki jaka ma znakomita wiekszosc ludzi na swiecie (chyba ma, choc cholera ich wie). I jak rany, w Polsce takiego burdelu to by chyba ze swieca szukac. Nie na moje nerwy spisywanie tegoz wlasnie, zreszta nikt by nie uwierzyl - to trzeba przezyc osobiscie. Choc po dzisiejszym newsie to nie powiem, sama mialabym chec napuscic na nich chociazby taki irs. Wierzcie mi, mieliby co robic.

Cele posrednie:

 - skontaktowanie sie z kilkoma przynajmniej headhunterami i rozsianie wici, ze znow aktywnie szukam. Na internecie juz sie uaktualnilam, z jednym headhunterem dzis juz porozmawialam. Jutro mam w planach nastepnego.

- rozszerzenie pola szukania (geograficzne, znaczy sie). Trudno, jesli bede musiala jezdzic na Manhattan - be it. Nie usmiechaloby mi sie lekko 1.5h+ w jedna strone, ale coz.

Po drugie (first things first, wiec nastapi to dopiero po realizacji celu nr 1) - uporzadkowac swoje zycie prywatne. Mam dosc jasno ulozona w swej glowie wizje przyszlosci. AN ma swoja. Niejako sie one mijaja, by nie powiedziec wrecz, ze rozchodza. I coz z tego, ze caly 2009 i 1/4 2008 spedzone byly razem? Jesli nasze wizje nie zaczna sie na siebie choc troche nakladac -mimo, ze wcale bym tego nie chciala - w 2010 trzeba bedzie sobie powiedziec do widzenia (easier said than done).

W przypadku, gdy znalezienie roboty kompletnie nie wypali, a do tego plany na przyszlosc moje i AN nadal nie beda ni chu chu zbiezne - krotko po obywatelstwie trzeba sie bedzie zwolnic i ewakuowac. Im dalej, tym lepiej.

Takze ten, no. Po raz pierwszy zrobilam New Year's resolutions. Zyczcie mi powodzenia, by choc to znalezienie normalnej pracy, ktora bedzie mi dawala jako taka satysfakcje, wypalilo.

To tyle. W nastepnym odcinku bedzie juz o czym innym, np. o kotach.


skomentuj (6)

2010-01-05 01:30:32
the biggest loser

I bynajmniej nie chodzi o ten program co leci na nbc. Jesli chodzi o spadek wagi to akurat, hmmm. Nie zanotowano.

Ogolnie, tak sobie probowalam podsumowac te swoje 30 lat zycia (bede narzekac, lojalnie ostrzegam juz na poczatku).

I coz, by sie za bardzo nie wglebiac w szczegoly.

Jestem jedna z wielu ofiar kryzysu, mam co prawda prace, ale niestety jestem underemployed i underpaid. I to w obu przypadkach sporo. W ramach radosnego cwiczonka, pierwszego dnia po powrocie do pracy machnelam krotkie obliczenie, z ktorego jasno wyszlo, ze zarabiam sporo mniej niz 4 lata temu. I to przy zalozeniu, ze poprzedni caly rok przepracowalam, a nie bylam przez 1/3 bezrobotna. Jesli zas chodzi o procentowe ujecie w stosunku do swojej poprzedniej pracy. 23% mniej.

AN tutaj by stwierdzil, ze powinnam byc wdzieczna, ze w ogole mam prace (on np. od pol roku juz nie ma). Niby ma racje, ale jednak moja obecna robota nie spelnia kompletnie moich oczekiwan. OK, oplaca mi czynsz z przyleglosciami, glodna tez nie chodze. Niemniej jednak monthly savings obliczone online prezentuja sie niezbyt zachecajaco na poziomie 112 USD/miesiac. I to tylko dlatego, ze zrezygnowalam wreszcie z gymu. Czyli co - stac mnie li i tylko na utrzymanie.

Niemniej jednak, zeby nie bylo, zem li i tylko zainteresowana strona materialna obecnej roboty. Mozliwosci rozwoju - zerowe . Mozliwosci nauki czegokolwiek nowego - zerowe (przezylabym te slaba kase, gdybym faktycznie podnosila w tym samym czasie swoje kwalifikacje). Ilosc urlopu - wiadomo.

No i niestety, praca jest lwia czescia mojego zycia. Nie ma, ze przychodze do domu, ktos na mnie czeka, kims musze sie zajac, moge o robocie zapomniec, etc. Tak wyszlo, widac na razie nic poza zyciem zawodowym nie jest mi pisane (jest niby AN, ale to akurat temat na calkiem osobna notke).

I tak o. Takie mam przemyslenia po pierwszym dniu pracy w 2010. W ktorym zreszta strzelil mnie jasny chuj, juz od samego rana, niemniej jednak za duzo juz sie wynarzekalam, wiec dalsze zale zostawie dla siebie.

W dodatku dzis o polowe zmiejszyla mi sie liczba osob, ktore leza mi w 100%. Dwie byly takie, co dalo sie z nimi pogadac i w ogole byly bardzo ok. Ulubiona kolezanka od dzis zaczela nowa prace. A w mojej obecnej zrobilo sie przez to jeszcze bardziej beznadziejnie niz bylo przedtem.

Plan jest taki, by spieprzac z roboty na wszystkie mozliwe lunche. I mozliwie jak najczesciej w tym czasie kontaktowac sie z headhunterami. Choc zachowania wygladajace na szukanie pracy nie umykaja czujnemu oku mojej szefowej (no, nawet ja czulam, ze ulubiona kolezanka chodzi na interviews, mimo, ze sie z tym mocno kryla), mowi sie trudno. Niech sprobuja mnie za szukanie pracy zwolnic, prosze bardzo.

To co, ide sie uaktualnic na monsterze i careerbuilderze. I mimo wszystko musze zaczac myslec pozytywnie. Inaczej ani chybi zwariuje. Juz jestem temu bliska.



skomentuj (0)

2009-12-31 14:44:56
no to jestem czyli do siego roku

Jestem. Wyladowana tylko troche po czasie, wystartowana troche po czasie tez. Kontrole osobiste faktycznie sie troche przedluzyly, niby sa bardziej dokladni niz przedtem, choc nie mam zludzen, ze pewnie i tak by niczego nie wykryli, jakby co. Ale zadnych terrorystow na moim pokladzie akurat nie bylo.

Padlam wczoraj jak mucha przed 9pm, obudzilam sie swiezutka i rzeska o 4:15am. Mozna by sie pokusic o zaklady - dotrwam dzis do polnocy czy nie? A na impreze ide. Wiec nie wypadaloby opasc na kanape i usnac o 10pm. No ale zobaczymy.

Takze tego, no. Co to ja chcialam. Szczesliwego 2010. Zeby ta nowa dekada byla jeszcze lepsza niz poprzednia.
Sama, o dziwo, mam bardzo sprecyzowane zyczenia na ten Nowy Rok (niemniej jednak wiadomo jak to jest z planami;)). Ze spelnieniem niektorych jednako moze byc ciezko..

Wiec co? Oby te moje i te Wasze sie spelnily, tak?



skomentuj (6)

2009-12-16 04:51:44
kocio (czyli mialam juz przed swietami nie pisac, ale coz, sila wyzsza)

Jako w poprzedniej notce stalo - AN mial przyjsc pomoc w pakowaniu. Przyszedl. 43 lbs samych prezentow, tja. W jednej walizce, w drugiej, tej carry on nastepne 15lbs. Ale wiekszosc rzeczy juz spakowana, wiec luz. Ubrania bede musiala jakies dokupic na miejscu, ale ojtam.

Za to glowny project dzisiajszego wieczoru wyskoczyl troche znienacka.

Odkad zaczelo byc u nas na dobre zimno, obok mojego domu pojawily sie koty. Najpierw jeden, bardzo plochy, wiec nie sadze, by mial wlascicieli. Potem drugi - to samo. I za miejsce noclegu/wypoczynku obraly sobie sciane zamieszkanego przeze mnie domu. Ok. 70 cm od ziemi, w scianie domu jest wykusz, taki mniej wiecej 30cm, wiec jak pada deszcz, koty przytulaja sie scisle do sciany i powiedzmy, ze na nie nie pada. Albo pada mniej (deszczu ci u nas ostatnio az nadto).

No i nie bylabym soba, gdybym nie postanowila tym kotom tej zimy pomoc. I tak to zaczelam przed praca/po pracy znosic im mleko. Ani sie obejrzalam, a okazalo sie, ze mam przytulona do sciany cala kocia rodzine. Mama i trzy mlode, kilkumiesieczne kotki. Wczoraj nabylam wiec rowniez sucha karme i od tego czasu koty juz na dobre sie "zadomowily". Na tyle, ze dzis wchodzac do domu (po zewnetrznych schodach) 3 siedzialy na tychze schodach, a czwarty juz na samym tarasie, Ten czwarty mial zreszta niezly poploch w oczach jak mnie zobaczyl i nie wiedzial czy skakac z pierwszego pietra czy nie. Namowilam go, by mnie ostroznie, jak najszerszym lukiem, wyminal i zszedl po schodach, poskutkowalo.

AN przychodzac dzis wieczorem oczywiscie na kocia rodzine tez sie natknal. Z tym, ze on doliczyl sie juz 5ciu kotow. I wpadl na pomysl, ze oj jak to, nie mozna tak tego zostawic on bedzie dzwonil i pytal co sie z takimi pol-dzikimi kotami sie robi. Na co mu odpowiedzialam, ze do animal control to po moim trupie moze dzwonic i nie pozwole kotow zlikwidowac (czcza troche grozba, bo przeciez pojutrze wyjezdzam), a podejrzewam, ze wlasnie to by zrobili. AN tez zwierzeta kocha, choc jest z frakcji psiarzy - jesli bedzie ku temu okazja - zamierzam go przekabacic na kochanie i kotow, wiec opcja animal control odpadla w przedbiegach.

Poszperalismy troche po internecie i znalezlismy organizacje, ktore zamiast zabijac takie nieudomowione koty - stosuje metode TNR. Trap, neuter, return. Czyli lapia je, sterylizuja, szczepia na wscieklizne i wypuszczaja skad je wzieli. Na to przystalam, AN jutro dzwoni i dowie sie co i jak.

Poki co - zbudowalismy dzis kotom domek. Z kartonow, szczelnie owinietych folia, by zbyt szybko nie przesiakly w deszczu, srodek wymoszczony recznikiem, by bylo im bardziej miekko.

Niestety miejsce ktore wybraly koty jest akurat naprzeciw kuchennego okna wrednych sasiadow z domu obok, wiec staralismy sie schowac owy domek, miseczke i talerzyk pod krzakiem, co by skubani nie zakumali co jest grane. Bo, ze wredni sasiedzi zadzwonia bez wahania po animal control, co do tego watpliwosci nie mam zadnych. Jeszcze jeden powod, by AN wypytal sie o ten TNR program.

A kotow tymczasem pojawia sie juz szesc. Trzy kociaki, trzy dorosle (byc moze daly jedne drugim cynk, ze 2x dziennie tu i tu jest niezla wyzerka, kto wie). Btw, jesli ta organizacja uzna, ze male kociaki da sie udomowic - po sterylizacji zatrzymuje je u siebie i wystawia do adopcji. Jakbym nie rozwazala bardzo powaznie przyjazdu do Europy na stale - wybralabym dla siebie tego burego z bialymi skarpetkami. Ale paszport dla kota i przeprowadzka z to jednak zbyt wiele. A w Europie jest rownie duzo kotow szukajacych dobrego domu, wiec co sie odwlecze to nie uciecze.

Notke te dedykuje mojej ukochanej F., ktorej po raz pierwszy od 1998 roku nie bedzie z nami w Swieta (i nie bedzie sie z kim podzielic oplatkiem owinietym w mieso karpia...). Mam nadzieje, ze patrzy teraz na te szesc biedakow z gory i trzyma kciuki, by wszystko sie dobrze dla nich skonczylo.

Wy tez kciuki trzymajcie.

c.d.n.



skomentuj (7)

O moim (tymczasowym) miescie
thestamfordlife
stamfordtalk
blogstamford

Moje eks-podopieczne
starsza
młodsza

Koledzy z LO
the-world-is-my-home
batonik
webstop

Dodaj do ulubionych:
issue
misiuwodny
ptasia-grypa
s-u-n-s-h-i-n-e
waiting
ds
mignona
so-so
yours
bloga-kuchnia
pierwsza-zona
maupa
itusia
nec-mergitur
frozee
thernity
grendelek
haniuta
rosemary
olcott
barbarella
misscellophane
gogenzola
cloudy
sistermoon
w-kolo-macieju
houston
snafu
reaktywowana
bazylek
windycity
alessa
aga-koty-klopoty
zimno
parker
cashew
khem


Tagi